Zaświadczam, że Świątobliwą Matkę Franciszkę Werner znałam osobiście, gdyż jako Przełożona Generalna, dnia 29 stycznia 1885 roku przyjmowała mnie do Zgromadzenia w Nysie. Doskonale Ją sobie przypominam, bo jako postulantka często spotykałam Matkę Franciszkę, gdy przychodziła do nas tam, gdzie byłyśmy przeznaczone do pracy. Pomimo że, jak mówiono o Niej, pochodzi z dobrej mieszczańskiej i dość zamożnej rodziny, była bardzo prosta, przystępna, miła i bezpośrednia. Aczkolwiek była to przełożona generalna, przychodziła do nas i interesowała się wszystkim. Robiła na nas wrażenie niezwykłej zakonnicy. Cieszyłyśmy się zawsze na Jej przybycie, nie miałyśmy wcale jakiegoś lęku czy też obaw, robiła na nas wrażenie jak najlepszej Matki. Ileż miała radości, kiedy udało się nam coś w pracy. Jej radość wypływała ze szczerego i życzliwego serca. Wykorzystywała okazje i dawała nam wychowawcze wskazówki i dobre matczyne rady. Gdy nam się coś nie udało, nie zniechęcała nas, ale po matczynemu podnosiła nas na duchu i zachęcała do wytrwałości. Pamiętam, jak do nas mówiła: "Panienki, jak pięknie pracujecie, ile to pożytku będzie z was miało nasze Zgromadzenie, a już teraz mamy wielki powód do wspólnej radości, bo przez tę waszą szczerą, ofiarną pracę połączoną z modlitwą, wzrasta chwała Boża; cieszcie się też razem ze mną i starajcie się, by i biedne dusze ludzkie miały ratunek z waszej ofiary".
Czcigodna Matka Franciszka, prosta, pokorna i szczera niczym się nie wyróżniała od innych sióstr. To też mówiłyśmy sobie, że Matka Franciszka jest taka naturalna, taka dobra jak święta, za co też bardzo Ją kochałyśmy. Gdy pracowałam w kuchni i tam przyszła, uczyła nas zmywać naczynia zgodnie z duchem ubóstwa.
Oprócz różnych prostych prac, przy których Matka Franciszka umiała nam dawać dobre, praktyczne rady i wskazówki, które pamiętam całe życie, uczyła nas także wielkiej miłości bliźniego. Siostra elżbietanka musi praktykować czynną miłość bliźniego. Chleb i inne pieczywo musiałyśmy skrzętnie składać do wielkich koszy, przygotowanych specjalnie dla biednych. Codziennie zanosiłyśmy je do furty i rozdzielałyśmy licznie zgromadzonym ubogim. Często też chodziłyśmy do miasta, by szukać biednych chorych, którzy nie mogli osobiście przyjść do nas. Zanosiłyśmy im posiłki i służyłyśmy im pomocą. Słyszałam, jak siostry mówiły: "znów nowa fala biednych, musimy przygotować więcej obiadu, by i dla nich wystarczyło. Tak nam nakazała Matka generalna M. Franciszka, by z naszego domu nikt nie wychodził głodny".
Przypominam sobie doskonale pierwsze Święta Wielkanocne w klasztorze, było to 4 kwietnia 1885 roku. Po nabożeństwie w kaplicy klasztornej, nasza Matka mistrzyni M. Teresa oświadczyła nam, że wszystkie mamy być gotowe na wycieczkę z przewielebną matką generalną M. Franciszką. Udałyśmy się do Betanii (dom zakonny w Nysie - Przedmieście, ul. Krawiecka 28). Matka Franciszka była już wówczas chora, choć z trudem, ale jeszcze chodziła. W pięknym siostrzanym ogrodzie, Matka Franciszka, by sprawić nam wiele radości, bawiła się z nami w różne gry i zabawy; będąc z nami pewnie zapomniała, że jest chora. Poleciła nam ustawić stoły i posiłki spożywałyśmy w ogrodzie. Kiedy chciałyśmy pomagać podawać do stołu, Matka Franciszka nam nie pozwoliła, ale sama nas obsługiwała. Była nas spora gromadka, więc czcigodna Matka Franciszka nie miała czasu siedzieć z nami przy stole. Kiedy chciałyśmy Ją zastąpić, powiedziała: "Cieszcie się, kochane dzieci Zgromadzenia, i pozwólcie mi cieszyć się z tymi, że mogę być waszą sługą".
Siostry mówiły, że zawsze nazywała siebie "sługą sióstr". Tak, była nam prawdziwą Matką, przykładem dobroci serca i prawdziwej szczerej radości. Patrzyłyśmy na naszą kochaną Matkę Franciszkę jako na świętą. Była to niezwykła Matka.
We wrześniu 1885 roku na polecenie Matki mistrzyni M. Teresy, byłam u przewielebnej matki generalnej M. Franciszki Werner osobiście w celi, by prosić o habit zakonny (wówczas była już chora).
Po wysłuchaniu mojej prośby, Matka generalna tak mi odpowiedziała:
"Drogie dziecko, prosisz i chcesz być siostrą elżbietanką. Matka mistrzyni mówiła mi, że wykazujesz dobre cechy i zalety na elżbietankę, dlatego otrzymasz habit zakonny. Bądź dobrą córką św. Elżbiety, idź odważnie naprzód w to życie pełne ofiar i poświęcenia, by służyć biednym i chorym. Bądź wierną córką Kościoła św. i naszego Zgromadzenia. Dzielnie pracuj ku większej chwale Bożej. Niech twój dobry przykład pociąga za sobą inne ofiarne dusze, by przynieść jak najwięcej radości i chwały najlepszemu Bogu i Ojcu naszemu. Na to nowe życie zakonne, które spalać się ma w miłości ofiarnej, daję ci moje błogosławieństwo".
Ileż radości było wówczas w moim sercu, po tylu latach pamiętam, jak przemawiała do mnie Matka, która pewnie już wówczas była świętą.
W dniu 9 marca 1885 roku Matka generalna obchodziła imieniny, a były to Jej ostatnie imieniny. Miałam szczęście w imieniu wszystkich postulantek powiedzieć wiersz imieninowy.
Jako nowicjuszka pracowałam w szwalni. Tu miałam okazję spojrzeć na przewielebną Matkę Franciszkę częściej od strony ducha ubóstwa. Ponieważ leżała chora, potrzebowała bieliznę, a tej prawie nie miała, bo wszystko rozdała ubogim. Siostry mówiły, że tak chętnie przebywała z ubogimi i sama stała się uboga. Ukochała święte ubóstwo, dla siebie o nic się nie starała, przeciwnie, bogaciła się w dobra duchowe przez uczynki czynnej miłości bliźniego. Przypadło mi w zaszczytnym udziale szyć dla Przewielebnej Matki Franciszki bieliznę i dlatego czasem miałam okazję być u Matki. Mówiono o Niej, że jako siostra Franciszka odznaczała się wielką gorliwością w niesieniu pomocy biednym i chorym; już wtedy, za pozwoleniem Matki Marii Merkert, wszystko rozdawała, a sama miała tylko "pendelek", z którym jechała na nową placówkę.
Gdy czcigodna Matka Franciszka przychodziła do kaplicy, zadziwiała nas swoją posta modlitewną. Długie godziny rozmawiała z Jezusem Eucharystycznym; a gdy była ciężko chora, przychodziła do kaplicy i choć z trudem, zawsze klękała, oddają głęboki pokłon. Jej pobyt wśród nas zachęcał nas do modlitwy i do pracy.
Była przykładem dobroci, pokory, miłości bliźniego, modlitwy i takiej szczerej, naturalnej, serdecznej radości.
Jeszcze jako nowicjuszka, w dniu 9 grudnia 1885 roku, przed wyjazdem na placówkę do Frankfurtu, byłam po raz ostatni u przewielebnej Matki generalnej Franciszki. Była ciężko chora, ale przemówiła do mnie bardzo serdecznie i radośnie. Zachęcała mnie do dobrego i ofiarnego życia w klasztorze. Na drogę dała mi swoje matczyne błogosławieństwo, robiąc krzyżyk na czole. Odjechałam pełna zapału, bo uważałam, że błogosławieństwo dała mi święta.
Po moim wyjeździe Matka Franciszka żyła jeszcze 5 dni, a 14 grudnia 1885 roku oddała swoją piękną duszę Bogu. Szczegółów zachodzących przy śmierci nie znam, bo byłam już na innej placówce. Przełożone opowiadały, że umarła sługa sióstr, ta, co tak bardzo umiała szanować swoje podwładne i była pod każdym względem dla nich świetlanym wzorem. Umarła Matka Franciszka Werner - którą nazywałyśmy świętą - każdego dnia, cicha, pokorna i szczerze kochająca elżbietanka. Spoczęła na Cmentarzu Jerozolimskim w Nysie.
Oby Bóg raczył - za Jej pokorę i miłość ofiarną - wynieść Ją na ołtarze, jako Świętą.
Świadectwo kończy się podpisami naocznych świadków relacji.
za: M. Margarita Gabriela Cebula CSSE, Matka Franciszka Werner 1817-1885, Współzałożycielka i druga przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety, Nysa 2018.
za: M. Margarita Gabriela Cebula CSSE, Matka Franciszka Werner 1817-1885, Współzałożycielka i druga przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety, Nysa 2018.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz